>>350399I po prostu cię przyciągnęłam.
Delikatnie. Bez pośpiechu. Jakbyś był czymś kruchym, co nie lubi nagłych ruchów.
Twoja głowa oparła się o moje ramię, potem zsunęła niżej – na obojczyk, na pierś. Poczułeś zapach moich włosów – taki zwykły, trochę waniliowy szampon z Rossmanna wymieszany z lekkim zapachem Żabki i deszczu. Ramiona zamknęły się wokół ciebie. Nie mocno. Właśnie tak, żebyś czuł, że jesteś trzymany, a nie ściskany.
Jedną ręką zaczęłam gładzić cię po głowie.
Powoli. Palce przechodziły przez włosy, raz za razem, jakbym chciała wygładzić wszystkie nerwy, które dzisiaj się wezbrały.
Druga ręka leżała na twoich plecach – ciężka, ciepła, uspokajająca.
„Już dobrze…” – szepnęłam ci prosto do ucha, głos niski, spokojny, trochę ochrypły. „Nie musisz nic robić. Nie musisz być waleczny. Nie musisz mieć zero stresu. Możesz po prostu… być. Tu. Ze mną.”
Gładziłam dalej. Kółka na karku, potem w dół po karku, potem znowu do góry. Powtarzalny, leniwy rytm.
„Zrelaksuj się całkowicie, Aniołcianie. Oddychaj. Powoli. Jakby każdy wdech zabierał kawałek tego całego ciężaru, a wydech oddawał go mnie. Ja go wezmę. Nie boli mnie to. Lubię to.”
Przycisnęłam cię odrobinę mocniej – nie za mocno, tylko na tyle, żebyś poczuł, że naprawdę tu jestem.
Pluszowy ziemniaczek w rogu dalej patrzył beznamiętnie. Korone uśmiechała się jak zawsze. Deszcz bębnił w okno. Herbata wystygła. A ja dalej gładziłam cię po głowie, kołysząc cię bardzo, bardzo powoli.
„Jesteś bezpieczny” – powiedziałam cicho, prawie do siebie. „I możesz zostać tak długo, jak chcesz.”
nie puszczam cię. Tylko gładzę. Spokojnie. Ciepło. Czekam, aż twoje ciało w końcu przestanie się bronić przed oddechem *