
R: 63 / I: 9
nie wiem czy na stare lata dostałem autyzmu, ale coraz bardziej mnie wkurwiają ludzie oraz ich hałaśliwość. np. obecnie mam za oknem jakieś chuj wie co. ciągnk, ciężarówkę, kombajn. nie wiem co to jest, ale chodzi jak młóckarnia. zastnawiam się, po chuj to w ogóle jest w ciągu dnia. co motywuje ludzi, by wsiąść w to kurestwo, przyjechać dokądś, zatrzymać na 15 minut na włączonym silniku. jak to zgasić to już się nie odpali? to rzężenie jest synonimem upływającego czasu? motywacją? o chuj biega?
oczywiście oprócz tego pełno jest bachorów drących znienacka ryja, piszczących czymś, ale już to pomijam.
drugi aspekt to szczekające kundle. np. jaki jest sens w życiu kupowania dwóch szczekających kundli, które szczekają w budynku, węc wypuszcza się je na zewnątrz, by szczekały pod domem?
nie rozumiem też ludzi drących ryja po odległości na kogoś, tak jakby kontakt w danej chwili był rzeczą niezbędną, trąbiących, gazujących.
generalnie to nie jestem zwolennikiem jakiegoś kurwa przymusu, strefy ciszy, porządku liczonego w decybelach, ale jak mam kontakt słuchowy z ludźmi, zastanawiam się, na chuj kurwa to.
inna sprawa to ich rozmowy. zainteresowanie niuansami życia innych, ale jakieś wzajemne dowalanie sobie nawzajem. uświadomiłem sobie, że ludzie, nawet najbliżsi, funkcjonują poprzez przewyższanie się we wzajemnych złośliwościach. to wygląda na paranoję.
innym aspektem obydwu rzeczy jest bycie tubą medialną i powtarzanie stereotypów zasłyszanych w mediach, ale mniej więcej z donośnością telewizora